poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Luksemburg

Z Brukseli wyjechaliśmy dość szybko po to, by zwiedzić jeszcze Luksemburg. 
Na moje nieszczęście ;) tu mieliśmy aż nazbyt czasu na zakupy. Co z tego, jak w centrum są w porywach 3 sklepy z pamiątkami. W tym jeden, w którym były w ogóle naparstki. Wokół tylko restauracje, puby i kafejki. Oczywiście - wszędzie drogo. Nie ma to tamto - jesteśmy w kraju, który jest w czołówce najbogatszych państw Unii Europejskiej. 
W sklepie były przede wszystkim naparstki z kalkomanią i wszystkie z herbem...Widać, że leżały w tym koszyczku już kilka sezonów :( Szkoda było na to wydawać ponad 5 euro, więc kupiłam sobie tylko jeden naparstek, ale za to ładny :)
I tym miłym akcentem zakończyliśmy pobyt w krajach Beneluksu :)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bruksela

Ostatni dzień wycieczki. Grafik napięty ;) Zwiedzania sporo, czasu mało, bo trzeba przed 18 wyruszyć w drogę powrotną. Wiąże się to z tym, że nie ma ani minuty na pamiątkowe zakupy. Trudno :( 
A w Brukseli można by zaszaleć. Naparstków mnóstwo. Do koloru, do wyboru. Ceny przystępne :) Czasami taniej, niż w mniejszych miastach...I tylko przed oczami migały mi wystawy sklepów z naparstkami :(
Albo z cudeńkami z czekolady, albo z goframi :)
Rynek w Brukseli piękny, zabytki czasem trudno dostrzec, tyle ludzi. Dobrze, że mój fotograf był wysoki, bo symbol Brukseli -  sikający chłopiec - jest strasznie malutki :) A jeszcze w tym dniu, ktoś go wystroił...:)
Figura bardzo często ubierana jest w stroje ofiarowane przez stowarzyszenia kulturalne, rzemieślnicze, regiony oraz oficjalne delegacje państwowe. W czerwcu 2007 roku chłopiec ubrany był w krakowski strój ludowy :)


No to przyszła pora pokazać brukselskie i belgijskie naparstki. Żaden z nich nie był kupiony w stolicy kraju, wszystko z prowincji. 
I to było najlepsze strategiczne posunięcie ;) Bo gdybym liczyła na zakupy w Brukseli, to nie miałabym ani jednego naparstka...
I na pożegnanie Brukseli - zdjęcie z mężem :)



piątek, 27 lipca 2018

Brugia

Po zwiedzeniu Antwerpii i Gandawy, przyszedł czas obejrzeć Brugię. Z powodu obfitości kanałów, miasto nazywane jest flamandzką Wenecją. 
Brugia jest przepiękna w swojej historycznej zabudowie - znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Jest też kolebką malarstwa flamandzkiego. W kościele Najświętszej Maryi Panny widziałam rzeźbę Michała Anioła - Madonnę z Dzieciątkiem:
Rzeźba jest wykonana z białego marmuru. Jest pilnie strzeżona, bo to oryginał ;) Rzeźbę chroni pancerna szyba, której wcale nie widać...
Na odmianę, w Brugii mieliśmy sporo czasu na zakupy. Co z tego, jak sklepów z pamiątkami było raptem 5. W każdym to samo, czyli porcelana z kalkomanią. Wybierając jednak te nieszczęsne kalkomanie, dojrzałam przypadkiem coś innego i już kalkomanii nie brałam :)
Na naparstku uwieczniono Beffroi - najwyższą wieżę widokową w Brugii, która mieści się w dzwonnicy z 40 dzwonami :)



czwartek, 19 lipca 2018

Gandawa

Z Antwerpii szybciutko pojechaliśmy do Gandawy. To kolejne miasto z mnóstwem zabytków. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od rynku, takiego, jaki można zobaczyć niemal w każdym zabytkowym mieście - na środku pomnik, dookoła zabytkowe kamienice, siedziba władz miejskich, kawiarenki. W rynku też, niespodziewanie, nastąpił postój na trochę dłużej, niż zakładał program wycieczki. Powodem tego była toaleta za darmoszkę i skorzystać z owej chwili szczęścia chcieli wszyscy ;) Z tego też powodu, w trybie ekspresowym przelecieliśmy przez Gandawę:
W sklepach królowały czekoladowe warzywa ;)
Niestety, Gandawa nie obfitowała w sklepy z pamiątkami. A może i gdzieś one były, ale przelatując przez miasto z prędkością światła, trudno cokolwiek znaleźć. 
Biję się pokornie w piersi, bo w katedrze św. Bawona, zamiast podziwiać ołtarz z zabytkowym, przepięknym poliptykiem, pognałam na tylne nawy kościoła, bo tam był...sklepik z pamiątkami ;) Kupiłam za to naparstek z Madonną, której wizerunek widnieje właśnie na jednym z paneli gandawskiego ołtarza:
Więcej gandawskich pamiątek nie było... Więc znów, w ramach profilaktyki, kupiłam coś ogólnobelgijskiego ;)
 


wtorek, 17 lipca 2018

Antwerpia

4 dzień wycieczki i smuteczek, bo wyjeżdżamy z Holandii... To, że wyjeżdżamy, widać było gołym okiem, bo piękne przestrzenie, zielone łąki, zadbane domy i jednolita architektonicznie zabudowa, zamieniła się na krajobraz szaro - bury, domy odrapane i zbudowane według widzimisię właścicieli...Poczułam się gorzej niż w Polsce ;)
Pierwszym miastem na trasie była Antwerpia. Pozwiedzaliśmy rynek, różnorodne zabytki i w pędzie między jedną katedrą a drugą, udało mi się kupić naparstek z fontanną Brabo:
Kupiłam też, zapobiegawczo, kilka naparstków z symbolami Belgii, bo już z Antwerpią nic nie było. Znając tempo pani przewodnik podczas zwiedzania i czas wolny na zakupy, mój pomysł, by brać cokolwiek, okazał się słuszny ;)

niedziela, 15 lipca 2018

Haga

I, niestety, nadszedł ostatni dzień pobytu w Holandii. I czas na zwiedzanie Hagi. 
I powiem Wam, że to miasto, to mój faworyt! Tu, będąc w Holandii, warto, ba, nawet trzeba przyjechać! Pod koniec dnia było mi po prostu smutno, że stąd wyjeżdżam :( Haga niesamowicie mnie zauroczyła. 
 Za mną - siedziba holenderskiego rządu i parlamentu:
 Tu właśnie to, co widać za mną, uwieczniono na naparstku:
Przepiękny w Hadze jest pałac rodziny królewskiej. Historia ich związku również ciekawa... Ale akurat król pojechał na wakacje, które w Holandii są co jakieś 2 miesiące, więc nie było okazji się spotkać ;)
Z centrum pojechaliśmy do szpanerskiej dzielnicy Hagi - Scheveningen. Willowa dzielnica nad samym brzegiem morza Północnego. Pogoda niesamowita, jak na klimat panujący w Holandii - 30 stopni w cieniu. I cudowny chłód morskiej wody :)
Za mną - molo z rozmaitymi atrakcjami. Tu, za wejście na molo, nie trzeba płacić ani centa ;)
Przed plażą znajduje się spora galeria handlowa, można kupić wszystko, co człowiekowi potrzebne. Nawet naparstki :)
W dzielnicy Scheveningen znajduje się też Park Miniatur Madurodam. Ale to najlepszy park miniatur, jaki kiedykolwiek widziałam. Tu wszystko się rusza. Jeżdżą pociągi, płyną kanałami statki, promy, jadą na taśmie bagaże, po które podjeżdża wózek i pakuje je do luku bagażowego w samolocie. Samodzielnie można spróbować załadować kontenerowiec w porcie w Rotterdamie, wziąć udział w aukcji kwiatów, popróbować sił, jako realizator świateł czy przekonać się, które wiatraki są wydajniejsze, z jaką siłą napiera woda czy ile waży holenderski ser. Żal stamtąd wychodzić, naprawdę :(
Trzy dni w Holandii i mnóstwo wrażeń. A dzień następny, to Belgia :)



wtorek, 10 lipca 2018

Delft

Następny dzień podróży po Holandii, to jedno z najstarszych miast niderlandzkich - Delft. 
Stąd wywodził się jeden z siedemnastowiecznych malarzy - Jan Vermeer. Delft to też jeden z głównych europejskich ośrodków produkcji fajansu, a później porcelany. Oj, były tu porcelanowe cudeńka, tylko drogie, że strach ;)
Miasteczko przepiękne, spokojne, urokliwe...To mogłabym mieszkać :)
No i koniecznie trzeba było kupić pamiątki z Delft. 
Przez całą naszą wycieczkę przewijał się w opowieściach przewodników holenderski bohater narodowy, "ojciec narodu", który dał początek holenderskiej dynastii - Wilhelm I Orański. I właśnie na pierwszym naparstku widnieje Nowy Kościół w Delft. To tu, w krypcie, został pochowany Wilhelm Orański, a potem i inni władcy i członkowie dynastii orańskiej:

Na drugim naparstku uwieczniono renesansowy budynek Ratusza miejskiego: